6 Obserwatorzy
32 Obserwuję
faceofbook

Face of Book

Lubię książki jak koń owies.

Teraz czytam

Tress of the Emerald Sea
Brandon Sanderson
Przeczytane:: 45 %
Cienie
Wojciech Chmielarz
Przeczytane:: 64 %
The Adventures of Sherlock Holmes
Arthur Conan Doyle
Przeczytane:: 33 %

Przywrócone krążenie

Niespokona krew - Robert Galbraith

Po "Wołaniu kukułki", obiecującym debiucie serii o spółce Cormoran & Robin, cieszyłem się na myśl o nowym cyklu, który będę mógł śledzić przez lata. Niestety, kolejne tomy były dla mnie serią mniejszych lub większych, ale zawsze jednak rozczarowań. A to fabuła wydawała się zbyt rozwlekła; a to uczuciowe perypetie pomiędzy dwójką głównych bohaterów uderzały swoją infantylnością i nie prowadziły donikąd; a to wreszcie rozwiązanie zagadki nie było aż tak fascynujące, jak powinno. Coś jednak sprawiało, że zawsze gdy pojawiała się następna część, wcześniej czy później w końcu po nią sięgałem. I w końcu okazało się, że było warto.

 

W "Niespokojnej krwi" niby znowu obserwujemy kolejne śledztwo prowadzone przez parę teraz-już-wspólników. Śledzimy też codzienną, mozolną pracę nad innymi zleceniami w ich agencji. Ponownie widzimy, jak ich głęboko tajone wzajemne uczucia ledwie posuwają się do przodu. Tym razem jednak śledztwo zaczyna się ciekawie i tak już zostaje do końca. Lawirujemy pomiędzy podejrzanymi, odkrywając różne tropy, które co rusz skupiają nasze podejrzenia na innej osobie. Co więcej, rozwiązanie zagadki jest dla mnie całkowicie satysfakcjonujące i po raz pierwszy odczułem coś na kształt grozy, kiedy ujawniła się stojąca za wszystkim osoba i jej motywacje.

 

Ze wspomnianych pobocznych działań pracowników agencji również nie wiało nudą – zgrabnie łączyły się z głównym wątkiem, uatrakcyjniając jego wolniejsze momenty. Rozwiązanie zagadki Szemrańca było absurdalnie zaskakujące:).

 

Relacje Strike'a z Robin pozostają wciąż najsłabszymi elementami cyklu. Bo choć można uznać, że coś się zmieniło, to nie da się tego nazwać przełomem. Po lekturze "Niespokojnej krwi" zaczynam się nawet zastanawiać, czy oni w ogóle do siebie pasują i czy potrafiliby żyć razem – są tak różni i żadne z nich niespecjalnie jest w stanie się zmienić. No, ale tym razem przynajmniej mnie ten wątek nie irytował.

 

Ale powiedzcie mi, czy dla dorosłego człowieka naprawdę tak istotne są prezenty, które się dostaje na urodziny? Bo ta skwapliwość, z jaką za każdym razem opisywane jest, co kto dostał i od kogo i jakie uczucia to wzbudziło, naprawdę nieustannie mnie zadziwia:)

Odnalezione serce

Zaginiony metal - Brandon Sanderson, Anna Studniarek-Więch

Różnych opinii się naczytałem, z jednymi zgadzam się bardziej, z innymi mnie, ale jest jedna rzecz, którą mogę powiedzieć: ta książka ma serce we właściwym miejscu. I to przesądza o mojej opinii.

 

Choć każde dziecko wie, że Brandon Sanderson stawia przede wszystkim na historię, to na przestrzeni ostatnich lat widać, że stara się kłaść coraz większy nacisk na rozwój bohaterów. I to procentuje - nie mam już wrażenia, że połowa powieści to tylko nierówne w tempie podwaliny pod typowe sandersonowskie trzęsienie ziemi w finale. Podziwiam tę niezwykłą umiejętność przemieniania nawet najdziwaczniejszej z początku postaci w pełnokrwistego bohatera, którego los... wzrusza.

 

Nie przeszkadzały (wręcz przeciwnie) mi liczne nawiązania do postaci i wydarzeń z innych planet cosmere. Po pierwsze dlatego, że Sanderson uprzedzał, iż będzie ich więcej niż zazwyczaj, w związku z czym byłem na to nastawiony. Po drugie, jestem na bieżąco z innymi książkami z cosmere, więc każdy nowy strzępek informacji o tym, co się dzieje w szerszym aspekcie, jest dla mnie dodatkowym smaczkiem. A po trzecie wreszcie, jeżeli to zatrzymałoby się na nieznacznych wtrąceniach i nie miałoby prowadzić do czegoś większego, to po co w ogóle to wszystko? Aczkolwiek jedno, co mogę powiedzieć o cosmerowych smaczkach, to że zdecydowanie lepiej się czyta o postaciach i światach, które już gdzieś się kiedyś pojawiły, niż o takich, które dopiero czekają na swoją powieść.

 

Jeśli już na siłę szukać słabszych stron tej powieści, to mogłaby należeć do nich para "sobowtórów" Waxa i Wayne'a. Są to mniej istotni przeciwnicy naszych bohaterów, którzy nie dość, że posiadają identyczne moce, to jeszcze próbują naśladować ich charaktery. Choć pomysł wygląda na pierwszy rzut oka interesująco, to jego realizacja wypada... dziwnie. Wychodzi na to, że "sobowtóry" zostały wprowadzone tylko po to, żeby w książce było parę pomysłowych scen walki. Co rzekłszy, nie mogę nie przyznać, że sceny te naprawdę robią wrażenie.

 

Podsumowując, cała tetralogia drugiej ery "Z Mgły Zrodzonego" sprawiła mi wiele frajdy, podobało mi się lżejsze podejście, a zakończenie sięgnęło nawet głębiej w trzewia cosmere, niż się spodziewałem. Podwaliny pod trzecią erę również zostały stworzone. Czekam z niecierpliwością, bo wiadomo, zawsze jest kolejna tajemnica:)

Bawiąc leczy

Znachor - Michał Śmielak

No i proszę, zachęcony czyjąś opinią postanowiłem sięgnąć po książkę debiutanta i kilka pierwszych stron wystarczyło, by zachęcić mnie do jej przeczytania. I jak wrażenia? Mieszane, choć w dużej mierze pozytywne.

 

Jeśli chodzi o styl, to ewidentnie mamy do czynienia z początkującym jeszcze pisarzem. Widać, że nie do końca panuje nad swoimi bohaterami, nie umie jeszcze nadać im osobowości i dość często prawdopodobnie wkłada im w usta swoje własne myśli, odczucia i przekonania.

 

Jednocześnie jest jednak bardzo zdolnym gawędziarzem i żartownisiem, co w zdecydowanej mierze wynagradza pisarskie niedoróbki.W połączeniu zaś ze zgrabnie skonstruowaną fabułą (jednak uprzedzam, że nie jestem z tych, co bezlitośnie śledzą dziury fabularne) otrzymujemy całkiem przyjemną lekturę. Muszę jednak powiedzieć, że daję tu autorowi duży kredyt zaufania, gdyż zakończenie okazuje się w dużej części otwarte, co może być odebrane jako pójście na łatwiznę. W jednej powieści można to zaakceptować, ale zobaczymy, co będzie dalej.

Znowu zginie jakiś bydlak

Ostatnia sprawa - Lee Child

Ta ostatnia sprawa jest tak naprawdę pierwszą sprawą nowego Reachera – zgrabnie wypełnia lukę pomiędzy jego wojskową karierą, a późniejszym koczowniczym życiem. I choć wyraźnie jest stworzona by głównie zaspokoić ciekawość, jak ten kluczowy moment w życiu naszego bohatera dokładnie wyglądał, to oczywiście nie brak tu żadnych elementów pełnoprawnej reacherowskiej powieści. Jest kolejny zakątek Ameryki, jest niesprawiedliwa krzywda, jest silna i piękna kobieta i jest w końcu też zdegenerowany przeciwnik, choć w tym przypadku niemal do końca nie wiemy na pewno, kto nim jest.

 

Ciągle zastanawiam się przy okazji, jak cienka jest granica, która oddziela Reachera od zwykłego mordercy. Właściwie jest to tylko jego wewnętrzne przekonanie, że zabija "złych ludzi". Oczywiście cała fabuła konstruowana jest w ten sposób, byśmy to przekonanie podzielali. Jednak czy to powinno nam wystarczyć?

 

Ale nie przesadzajmy, te książki nie są chyba tworzone po to, by włączać myślenie.

Tego było mi brak

Szósta klepka - Małgorzata Musierowicz

...i nie chodzi mi o szóstą klepkę.

 

Szalone rodzinki będą zawsze u mnie na topie!

Mamy za swoje

Mroczny talent - Brandon Sanderson

Trzeba było wierzyć Alcatrazowi. Ostrzegał nas przed tym przez wszystkie poprzednie tomy. A my daliśmy się zwieść temu żartownisiowi i teraz oberwaliśmy jak obuchem w łeb. Szkoda, że nie chce więcej pisać pod pseudonimem Brandona Sandersona, przecież musimy wiedzieć, co się stało dalej! Cała nadzieja w Bastylii.

 

Kto jeszcze nie sięgnął po serię a Alcatrazie – mały, czy duży – niech to natychmiast nadrobi. Polecam.

Długa droga Donikąd

Cytonic - Brandon Sanderson

Nie spodziewałem się, że jakakolwiek lektura Brandona Sandersona pozostawi mnie z tak ambiwalentnymi uczuciami.

 

Od czego zacząć? Autor ponownie (nie) zaskakuje nas nowym, bogatym, ciekawym światem, kompletnie innym od tego, co doświadczyliśmy w poprzednich częściach. Fantazja Sandersona, który łączy zupełnie od siebie odległe pomysły, tworząc z nich spójny świat, jest naprawdę godna podziwu.

 

Książkę czyta się bardzo dobrze, akcja gładko idzie do przodu, poznajemy nowych bohaterów, z których na największą uwagę zasługuje – wzorowany na bohaterów klasycznych przygodówek – Chet. Wydarzenia płynnie i sensownie następują po sobie, jest trochę pomniejszych zaskoczeń. Tylko...

 

No właśnie. Jeśli miałbym jednym sformułowaniem określić, co nie grało mi w tej książce, to powiedziałbym, że jest za lekka. Mimo że fabuła była dość istotna nie tylko dla losów Spensy, ale też dla całej ludzkości, to styl, w jakim została napisana robił wrażenie jakby stawka była zbyt niska. Zmagania bohaterów bardziej przypominały grę komputerową niż kwestie życia i śmierci, z którymi mierzyli się w dwóch poprzednich częściach cyklu. I zapewniam was, że to robi duużą różnicę w odbiorze.

 

Z pewnością nie można zaprzeczyć temu, że postacie się rozwijają i zmieniają. Spensa niewątpliwie potrzebowała przemiany, którą przechodzi w tej opowieści. Jednak największej metamorfozie ulega tu chyba nasz poczciwy M-Bot, któremu mocno kibicuję, choć będzie mi pewnie brakowało tej konfrontacji maszynowego postrzegania świata z ludzką emocjonalnością i niekonsekwencją.

 

Teraz, gdy się nad tym zastanawiam, chyba przeszkadza mi trochę, że każda kolejna odsłona cyklu jest tak inna od poprzedników, zarówno w stylu, jak i w świecie przedstawionym. Nie jestem zupełnie przeciwny zmianom "scenografii", ale mam wrażenie, że jakiś poziom spójności musi być zachowany, żebym mocniej czuł, że śledzę ciągle tę samą historię. Tutaj, moim zdaniem, ta granica została odrobinę przekroczona.

 

Podsumowując, "Cytonic" troszkę ostudził mój zapał w pochłanianiu tego cyklu i chęci dowiedzenia się, co będzie dalej. Nie jestem pewien, czy ta historia była godna pełnoprawnej powieści. Nie wiem, być może sprawdziłaby się lepiej jako mniejsza forma i wtedy byłbym bardziej zadowolony. Liczę jednak na to, że w kolejnej, finałowej cześci nastąpi odkupienie i znów poczuję tę iskrę, którą "Skyward/Do gwiazd" we mnie rozpalił.

W tym szaleństwie jest metoda

The Restaurant at the End of the Universe - Douglas Adams

No, szalone to było. Wariackie. Ale jakoś, dziwnym trafem, wszystko się ładnie zazębia i tworzy zaskakująco konsekwentną historię w tym odjechanym (wszech)świecie.

 

A wyjaśnienie pochodzenia ludzkości na Ziemi wydaje się całkiem prawdopodobne.

Recepta

Małomówny i rodzina - Małgorzata Musierowicz

Witamina M (jak Musierowicz) nawet po latach ma silne działanie krzepiące. Historia, choć prosta i niewymagająca, wiele zyskuje na jedynym w swoim rodzaju, przewrotnym humorze.

 

Teraz tylko jak namówić córkę, żeby to przeczytała...

Watson się cieszy

The Sign of Four -  Arthur Conan Doyle

To druga powieść, którą przerabiam w ramach chronologicznego przeglądu opowieści o Sherlocku Holmesie. I w odróżnieniu od "Studium w szkarłacie", które oceniam jako udane wprowadzenie w świat Holmesa i Watsona, ta odsłona nie wywarła już na mnie tak pozytywnego wrażenia.

 

Początek jest, owszem, obiecujący. Zagadka zniknięcia ojca panny Morstan, która szybko przeradza się w tajemnicę skarbu strzeżonego przez tytułowy znak czterech, jest niezwykle intrygująca. Przenikliwość genialnego detektywa daje się poznać już od początku opowieści.

 

Niestety, później jest już gorzej. Następujący potem ciąg akcji nie dość, że nie wydaje się szczególnie wciągający, to przede wszystkim niespecjalnie jest napędzany błyskotliwym intelektem Holmesa, a tego jednak przede wszystkim oczekuję po tych historiach.

 

No, ale przynajmniej Watson znalazł sobie towarzyszkę życia. Good for you, doctor!

Balonika dmuchanie

Zeznanie - John Grisham

Niewinny człowiek zostaje skazany na karę śmierci. Niemal w ostatniej chwili prawdziwy zabójca wraz z pewnym pastorem postanawiają zrobić wszystko, by nie dopuścić do wykonania wyroku i...

 

Cóż, jednym z niewielu ale jednak dość dużym problemem tej książki jest to, iż nie kończy się ona w momencie egzekucji (żebyście nie myśleli, że spoiluję, sami musicie sprawdzić, czy w końcu do niej doszło, czy nie). Do tego momentu powieść czyta się błyskawicznie, napięcie stopniowo i bez przerwy rośnie, czas płynie nieubłaganie, do ostatniej chwili nie wiadomo, czy uda się uratować niewinnego. Kulminacyjny moment następuje już gdzieś w 3/4 książki.

 

Potem jednak ten balon zostaje przekłuty, marszczy się, flaczeje i w końcu ląduje gdzieś w kącie. Powieść z thrillera przeradza się w swego rodzaju połączenie publicystyki z kroniką wydarzeń. Czyli nie do końca w to, co - przynajmniej w moim odczuciu - obiecuje na początku. A, jak wiadomo, ludzka psychika (moja też...) tak działa, że bardziej pamiętamy koniec niż środek.

 

Stąd podejrzewam, że środkowego akapitu nikt nie przeczytał.

Spoko. No, bo spoko.

ReDawn (Skyward Flight: Novella 2) - Brandon Sanderson, Janci Patterson

Wydaje się, że po dwóch książkach mogę już coś powiedzieć o stylu pani Janci Patterson. Z pewnością jest sprawną pisarką. Z pewnością też lepiej radzi sobie na polu relacji uczuciowo-emocjonalnych między bohaterami niż pan Sanderson (o którym możemy z kolei powiedzieć, że to jest jego najsłabsza strona). Podoba mi się też wyczuwalny w narracji lekki dystans i delikatna dawka ironii, ciągle jednak z zachowaniem sympatii do swoich bohaterów.

 

Całokształt psuje jednak trochę ta maniera nadmiernego tłumaczenia motywacji. No, naprawdę, jeżeli ktoś się zasmucił lub ucieszył, to wiedząc, co się wcześniej wydarzyło, zazwyczaj jesteśmy w stanie powiedzieć, z jakiego powodu – nie trzeba marnować kolejnego zdania lub dwóch, żeby to wyjaśniać. Trochę więcej wiary w czytelników, pani Patterson!

 

Co do samej książki, choć daje radość z poznawania dalszych zakątków świata i losów eskadry Skyward, to nie porwała mnie przez większość czasu. Dopiero koniec wydawał się żywszy i bardziej emocjonalny. Właściwie rzec mogę, że końcówka ratuję tę powieść. I zachęca, do sprawdzenia, co dalej...

To nieprawda, że jaskółki nisko latają

Wieża jaskółki (Wiedźmin, #6) - Andrzej Sapkowski

Ciągle słyszę, że poziom opowieści o wiedźminie spada z każdym kolejnym tomem cyklu.

 

To już przedostatni tom, a ja niczego takiego nie zauważyłem.

 

Owszem, coraz mniej jest to opowieść o wiedźminie, a coraz bardziej o Ciri, ale cóż z tego? Zarówno język, fabuła, postacie, jak i prowadzenie akcji pozostają na wysokim poziomie wyznaczonym przez pierwsze opowiadania. Wszystkie te elementy nadal łączą się w oryginalny sposób, jednocześnie podając nam to wciąż w stylu, który tak zasmakował nam wcześniej.

 

Jednocześnie nowo wprowadzone (lub rozwinięte, sam już nie pamiętam, kiedy pojawiły się po raz pierwszy) w tym tomu postacie, są tak dobrze stworzone, iż momentalnie do siebie przyciągają. W sensie literackim, oczywiście, gdyż jeśli chodzi o charakter i czyny, to potrafią być naprawdę odpychające.

 

Dobra robota. Ostatni tom przede mną, coś mi mówi, że za dobrze się to wszystko nie skończy...

Dzięki, Reacher!

Jutro możesz zniknąć - Lee Child

W moim odczuciu to jeden z lepszych odcinków tasiemca o niepokonanym Jacku Sięgaczu. Fabuła była tym razem dość zmyślnie poprowadzona, tak, że potrafiła kilkakrotnie zaskoczyć i trzymać w napięciu do końca. A wcale nie jest to regułą w przypadku przygód Reachera - większość odsłon zaczyna się bardzo interesująco, ale często napięcie w pewnym momencie siada. Tu nie siada.

 

W dodatku to jedna z tych części, w której przeciwnicy (-czki) budzą taką odrazę, że aż nie można się doczekać, kiedy w końcu bohater ich (je) dopadnie.

 

No i bin Laden został zabity zaledwie dwa lata po wydaniu tej książki, więc na tym pendrivie chyba faktycznie musiało coś być;) Dzięki, Reacher!

(show spoiler)

Wiem więcej niż Mortka

Osiedle marzen - Wojciech Chmielarz

Książki Chmielarza towarzyszą mi jako audiobooki podczas jazdy samochodem, więc prawdopodobnie oceniam je inaczej niż zwykłe „czytane” książki. Ich podstawowym celem jest umilenie mi jazdy i ewentualnego stania w korkach. „Osiedle marzeń” bardzo dobrze się w ten cel wpasowało.

 

Jako samozwańczy ekspert od twórczości Chmielarza, którym mianowałem się po wysłuchaniu dwóch jego powieści, mogę już powiedzieć, że umiejętność zgrabnego plecenia fabuły jest jego mocną stroną. Jest też coś, co go wyróżnia na tle innych autorów. W przeciwieństwie do większości opowieści kryminalnych, gdzie zazwyczaj w momencie nagłego natchnienia bohater potrafi od A do Z wyjaśnić motywacje zbrodniarza i przebieg zbrodni, u Chmielarza komisarz Mortka nigdy tak zupełnie do końca nie poznaje wszystkich okoliczności, o których my czytelnicy dowiadujemy się z perspektyw pobocznych bohaterów. Ma to pewien pozytywny wpływ na realizm wydarzeń – choć z drugiej strony częste nagromadzenie zbiegów okoliczności temu realizmowi przeczy.

 

Pewnie gdybym czytał tę książkę tradycyjnie, moja ocena byłaby trochę niższa. Jak widać jednak, wiele zależy od okoliczności.

Strike, psia kostka!

Zabójcza biel - Robert Galbraith

Hmmm... kolejna część serii o Cormoranie Strike'u właściwie powiela wszystkie zalety i wady poprzednich tomów. Jest to w dodatku jedna z tych książek, które dobrze mi się czytało, ale w których łatwiej mi wymienić wady niż zalety, o czym zaraz się przekonacie.

 

Chciałbym powiedzieć, że jedna rzecz u Rowling, której mogę być pewny, to solidna i misterna konstrukcja kryminalnej intrygi. Chciałbym, ale jednak w przypadku „Zabójczej bieli” coś mi zgrzytało – mimo że na końcu dowiadujemy się, jak wiele szczegółów zostało rozrzuconych po całej powieści, to, no właśnie, staje się to dopiero i nagle na samym końcu, właściwie bez żadnego kulminacyjnego momentu w fabule. Przez całą opowieść nasi bohaterowie snują się w różnych miejscach, dowiadują nowych, coraz bardziej poplątanych informacji, a gdy wreszcie zostaje nam zaserwowane ostateczne rozwiązanie, to wcale nie okazuje się ono takie zaskakujące.

 

Sposób narracji, który w „Harrym Potterze” tak dobrze się sprawdzał, w kryminałach „dla dorosłych” niespecjalnie zdaje egzamin. A wciskanie tu i ówdzie wulgaryzmów jeszcze bardziej w mojej opinii pogarsza sprawę. Mam wrażenie, że autorka mając świadomość swojego trochę infantylnego stylu, na siłę umieszczała w powieści elementy, które miałyby ją „udoroślić”, co, jak można się spodziewać, potęguje tylko wrażenie sztuczności. Ale być może to tylko kwestia polskiego tłumaczenia.

 

No i ten ciągnący się przez wszystkie tomy romantyczny wątek pomiędzy Cormoranem a Robin... litości! Nie czytałem nigdy tanich romansideł, ale tak właśnie je sobie wyobrażam. Żeby nie było niedomówień, ja naprawdę lubię romantyczne wątki, więc nie mam nic przeciwko ich wprowadzaniu, ale przecież trzeba mieć jakieś standardy! Po prostu zadziwia mnie, że doświadczony pisarz może tak kiepsko opisywać uczucia, w dodatku opisywać je w nadmiarze: „on czuł to”, „ona czuła tamto”, „on myślał, że... a ona myślała, że...”. I tak już czwarty tom z rzędu, a ja ciągle nie mogę uwierzyć w to uczucie!

 

Ponarzekałem sobie trochę, lecz tak jak napisałem na wstępie, wcale nie czytało mi się tej książki tak źle, jak by można wywnioskować z moich żalów. Polecam więc przekonać się samemu, a ja dylemat, czy sięgnąć po następną część cyklu, pozostawię sobie do momentu jej wydania.