6 Obserwatorzy
31 Obserwuję
faceofbook

Face of Book

Lubię książki jak koń owies.

Millenium właśnie minęło

Co nas nie zabije - David Lagercrantz

Słabizna. Właściwie nie ma tu nic z rzeczy, które tak przyciągały w oryginalnej trylogii Larssona. Postacie niby te same, ale nie takie same. Fabuła – tu nie ma co nawet porównywać. Chęć sięgnięcia po następny tom – zerowa.

Pierwsze spotkanie

Ostatnie życzenie  - Andrzej Sapkowski

Trochę kazałem na siebie czekać wiedźminowi. To chyba głównie dlatego, że spodziewałem się raczej, iż nie będzie to proza dla mnie. Po pierwsze: słowiański sznyt, po drugie: formuła opowiadań zamiast powieści. A tu proszę, jakie zaskoczenie. Ta książka jest jak najbardziej dla mnie. I jedno, i drugie zamiast przeszkodą okazało się wielką, ogromną zaletą.

 

Postać wiedźmina przykuła moją uwagę już od pierwszego opowiadania i tak już zostało. Żadne, dosłownie żadne opowiadanie nie sprawia wrażenia "zapychacza", co więcej każde ma wpływ na rozwój głównego bohatera. Wiedźmin z końca historii nie jest już do końca tą samą postacią, co wiedźmin z początku. Chociaż właściwie jest. Ale jednak nie jest.

 

Poczucie humoru panujące w opowiadaniach też bardzo mi odpowiadało. A tego też się chyba obawiałem. Opowiadanie z diabłem chyba najbardziej w tym celowało.

 

Podsumowując, całość prezentowała zdecydowanie wyższy poziom niż się spodziewałem. Co więcej, poziom ten był utrzymywany, co w zbiorze opowiadań często przecież nie jest taką łatwą sprawą. Polowanie na kolejną część opowiadań czas zacząć.

Olśniony

Słowa światłości -  Brandon Sanderson, Anna Studniarek

"Słowa światłości" to niewątpliwie godny następca "Drogi królów". Choć wydaje się to niemożliwe, bo pamiętam przecież jakie wrażenie sprawiła na mnie poprzednia część, to jednak po przeczytaniu "Słów" ma się wrażenie, że cały ciąg wydarzeń z pierwszego tomu był jedynie preludium do drugiego!

 

Akcja stanowi tutaj naturalne zwieńczenie (lub raczej rozwinięcie, bo przecież to jeszcze nie koniec) losów bohaterów zapoczątkowanych w "Drodze". Współczynnik epickości szybuje wysoooko w górę (a pamiętam przecież jeszcze finałową bitwę z "Drogi królów" i to wrażenie, że bardziej emocjonalnie to już być chyba nie może). W tej kategorii w moim odczuciu wygrywa nawet nie finał, ale scena, w której Kaladin postanawia pomóc pewnej postaci w nieuczciwym dla niej pojedynku. I to zdanie, które wtedy wypowiada, ten potężny one-liner – już widzę w wyobraźni jak Sanderson wymyśla je pewnego dnia przy śniadaniu, krztusząc się bułką, zapisuje na serwetce i od tej pory niecierpliwie czeka, aż dojdzie z fabułą do momentu, kiedy będzie mógł je użyć. Oczywiście nie miałoby ono w sobie tej mocy, gdyby nie ciężar wydarzeń, które do tego doprowadziły.

 

Ta książka to dobry prognostyk dla reszty cyklu Archiwum Burzowego Światła. Choć wiadomo, że spektakularności nie da się mnożyć w nieskończoność, to samo zawikłanie fabuły, mnogość wątków, otwieranie nowych przy zamykaniu starych, dają nadzieję, że wiele jeszcze emocji przeżyjemy w przyszłości.

Nesbo recydywista

Policja - Jo Nesbø

W moim prywatnym odczuciu od trzeciej części cykl o Harrym Holem nie schodzi poniżej swojego dość wysokiego poziomu. Niemniej jednak pewien byłem, że poprzednia część, "Upiory", osiągnęła już sufit. Zaprezentowała taki miks emocji, zagadki i sensacji (stając się chyba na równi z "Pierwszym śniegiem" moją ulubioną częścią cyklu), że uznałem, iż więcej się już nie da.

 

I rzeczywiście, "Policja" plasuje się już na średnim poziomie cyklu. Mówiąc "średnim" mam na myśli średnią matematyczną oczywiście, czyli nie martwcie się, poziom jest naprawdę wysoki. Jo Nesbo jak zwykle wodzi nas za nos, wraca do wątków i postaci z poprzednich powieści w taki sposób, że w żadnym razie nie czujemy, by były na siłę przedłużane.

 

Ciekawie poprowadzony jest też wątek samego Harry'ego. Zakończenie poprzedniej części wymagało jakiegoś wyjaśnienia, odpowiedzi na proste pytanie: "tak" czy "nie". Tymczasem autor zwleka z tą odpowiedzią przez całkiem sporą część książki. Paradoksalnie, staje się to dużym atutem powieści, bo pozwala nam skupić się na innych postaciach i obserwować powolne rozwijanie się głównego wątku.

 

Jak dla mnie, Nesbo może spokojnie kontynuować historię Harry'ego jeszcze przez parę dobrych powieści. Byleby nie poniewierał go za bardzo. I nie zabijał tak szybko postaci, które lubię. Choć wiem, że i tak to zrobi, psiakostka.

Pozazdrościłem autorowi i postanowiłem wymyśleć równie długi tytuł recenzji, co tytuł tej książki

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął - Jonas Jonasson, Joanna Myszkowska-Mangold

Za to treść recenzji będzie dla odmiany krótka.

 

Sama konwencja opowieści w stylu "Forresta Gumpa", w której bohater zupełnym przypadkiem uczestniczy w najważniejszych światowych wydarzeniach na przestrzeni wielu lat, nawet mi się podobała. Ale co  z tego, skoro niewiele z tego wynikało. Z drugiej strony, wyraźnie widać, że nie miało nic wynikać.

 

Taka lekka i (zamierzenie) absurdalna historyjka. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobała, ale z głowy już wyparowała.

 

I takim to zręcznym rymem zakończmy tę krótką recenzję.

O człowieku

Konklawe - Robert Harris, Andrzej Szulc

Nie jest już tajemnicą, że pana Harrisa czytam wszystko (mimo że w chwili pisania tej recenzji mam już pewne zaległości...). Przeczytałem więc i to, zwłaszcza, że tematyka konklawe sama w sobie jest ciekawa i intrygująca.

 

Podobało mi się – napisane to jest bez zadęcia "anty" ani "pro". I choć ostateczny twist może się wydawać trudny do przyjęcia, to skłania do chwili refleksji. Refleksji nad tym, co jest "od Boga", a co "od człowieka" i czy przypadkiem nie próbujemy na siłę dokonywać przemieszczeń pomiędzy tymi kategoriami.

 

Ale nie tylko dla refleksji warto. Przecież proza Harrisa jest zawsze dobra sama w sobie, nie można się od niej oderwać. Prawda?

Nie droga, lecz trakt. Królewski.

Droga królów - Brandon Sanderson

Właśnie mija rok, od kiedy przeczytałem tę opasłą powieść. Trochę żal, że byłem zbyt leniwy, by opisać moje wrażenia od razu, z pewnością wtedy potrafiłbym poruszyć więcej aspektów, ale może i dobrze - bo dzięki temu oszczędziłem Wam nadmiaru zachwytu wylewającego się z każdego zdania recenzji! Tak, bo tylko w kategoriach zachwytu mogę tę książkę opisywać.

 

To, co najmocniej odczuwałem niemal od pierwszych stron, to odczucie, że jest to z pewnością najbardziej dojrzała pisarsko powieść Sandersona. Wyraźnie widać, że jest ona efektem wieloletnich przygotowań, klecenia wątków, budowania postaci. Nie kłują już w oczy niespodziewane, z księżyca wzięte zachowania bohaterów. Wątki (nie wszystkie - wszak to dopiero pierwszy tom) pięknie się ze sobą spajają, a mimo to ich kulminacja następuje w zupełnie niespodziewanym miejscu. Świat Rosharu, w którym dzieje się akcja powieści, jest po prostu nie-sa-mo-wity, tak różny od ziemskiego, a jednocześnie tak konsekwentnie przedstawiony!

 

Czytałem opinie, że fabuła wolno się rozkręca, są dłużyzny - ja żadnej z tych rzeczy nie odczuwałem! Owszem, jak to u Sandersona, temperatura akcji mocno podskakuje pod koniec powieści, nie oznacza to jednak, że wcześniej jest nudno. Wręcz przeciwnie, poznajemy bohaterów w przełomowych dla nich okolicznościach, a wcześniej prolog i jeszcze wcześniej pre-prolog skutecznie wzbudzają zaciekawienie.

 

O czym jeszcze mogę powiedzieć, żeby zachęcić do przeczytania? O spektakularnie przedstawionych scenach akcji, tak działających na wyobraźnie, że aż przypominających nagrane w slow-motion sekwencje z hollywoodzkich filmów? O tym, że choć nawał zdarzeń był ogromny, to jest to zaledwie początek całej historii, która zapowiada się imponująco? O tym, że następna część - bo już ją przeczytałem - tylko to potwierdza? O tym, że dla takich książek warto czytać książki?

 

No, bo warto:)

Rzemieślniczka alfabetu

A.B.C. - Agatha Christie

Te wszystkie kryminały Agaty Christie mają jedną zaletę, która jednocześnie jest wadą: są zwięzłe. Wszystko tu kręci się wokół zagadki kryminalnej. Nawet tło obyczajowe, niezbędne by wprowadzić w historię i zarysować charakter postaci, jest tu tylko – no właśnie, tłem. Gdy tylko zagadka zostaje rozwiązana, powieść jest wręcz ucinana gilotyną. Ma to swoje zalety i wady, niemniej jednak podchodząc do jednej z tych powieści, przynajmniej dokładnie wiem, czego się spodziewać.

 

Jest jednak jeden minus – jeśli próbuję (tak jak teraz właśnie) coś napisać o książce Agaty Christie, którą przeczytałem kilka miesięcy temu, niewiele mogę sobie z niej przypomnieć poza jakimiś mglistymi wrażeniami. Owe wrażenia jednak wystarczają, by uplasować tę pozycję w kategorii "solidny średniak". Coś, co daje przyjemność podczas czytania, ale wyparowuje z głowy niedługo po skończeniu. Aż tyle i tylko tyle.

Krótko

Perfect State - Brandon Sanderson

Dobre, ale krótkie. Trudno to oceniać w odniesieniu do dłuższych form literackich, jednak skoro ustaliłem sobie, że będę tu oceniał moją frajdę z czytania, to daję trzy gwiazdki. Nie zrozumcie mnie źle, było całkiem dobrze. Po prostu... za szybko się skończyło.

 

Tak jak moja recenzja zresztą.

Dziewczyna z korka

Dziewczyna z pociągu - Paula Hawkins

Dorwałem gdzieś darmowego audiobooka, więc w końcu przyszła pora, by umilić sobie tą powieścią wystawanie w korkach w drodze do i z pracy.

 

Nie spodziewałem się po "Dziewczynie" zbyt wiele – dotarły do mnie już wcześniej opinie, które ukształtowały moje oczekiwania. W tym kontekście powieść raczej pozytywnie mnie rozczarowała, słuchało się całkiem dobrze. Historia może niespecjalnie oryginalna, ale za to ciekawie prezentująca stan umysłu alkoholiczki i różne codzienne aspekty jej nałogu.

 

To tyle jednak. Poczucia straconego czasu nie mam (w końcu czy da się bardziej stracić czas w korkach?), lecz również niewiele ponadto.

Droga królów – przeczytane 5%

Droga królów - Brandon Sanderson

W końcu nadeszła ta wiekopomna chwila! Zachęcony wieloma opiniami sięgam po flagową produkcję Brandona Sandersona!

 

Długo odwlekałem ten moment, ponieważ ze względu na niecodzienną objętość tego tomiszcza, jak również na moją prędkość czytania, oznacza to przypięcie do jednej książki na jakieś dwa miesiące... Ale cóż, żeby zachować – mniej więcej – chronologię czytania dzieł Sandersona, nie mogę już tego dłużej odwlekać.

 

Powyższy akapit zabrzmiał tak, jakbym zabierał się za tę książkę na siłę. Nic z tych rzeczy! Wręcz cieszę się jak dziecko na tę myśl. Zwłaszcza, że zacząłem już parę dni temu i zapowiada się baaardzo obiecująco.

 

Do zobaczenia za 1000 stron! :)

Tyle przeżyć w jednym życiu?

Dyktator - Robert Harris, Andrzej Szulc

To jest ta książka, na którą czekałem dobrych parę lat. Wiadomo, jak to jest z oczekiwaniem, wraz z jego trwaniem narastają, nomen omen, oczekiwania. „Cycero”, pierwsza część trylogii o Cyceronie, odczarowała dla mnie gatunek powieści historycznej, bo tak to chyba trzeba nazwać. Ale to drugi tom, „Spisek”, wciągnął mnie całkowicie, udowodnił, że opowieść oparta na faktach, które znamy, lub które możemy łatwo znaleźć, może być poprowadzona niemalże jak thriller. Na finałowy tom czekałem więc jak Obeliks na walkę z Rzymianami. No i co? Nie zawiodłem się w żadnym calu. Wręcz przeciwnie.

 

Zaskoczyło mnie, jak bardzo podobne i jednocześnie jak różne było ówczesne prowadzenie polityki w porównaniu do naszych czasów. Uderzające jest z jednej strony to, że dwa tysiące lat temu potrafił już funkcjonować system demokratyczny (ograniczony oczywiście, ale jednak), z drugiej strony zaś jak szybko można było taki system rozmontować i doprowadzić do upadku, najpierw zupełnie nieświadomie poprzez doraźne interesy, a później już celowo przez przerost ambicji i żądzę władzy.

 

Innym paradoksem, który wręcz bił mnie po oczach, było to przemieszanie rozwiązań polityczno-dyplomatycznych ze zwykłą przemocą. Ci sami ludzie potrafili w jednym momencie z szacunkiem dyskutować ze sobą w senacie, a w innym momencie wysyłać na siebie zbrojne bandy i dybać na swoje życie. Ci sami ludzie potrafili najpierw zgodnie współpracować, potem popaść w konflikt na śmierć i życie, by jeszcze później znowu się pogodzić. I tak w kółko.

 

To takie ogólne spostrzeżenia, jednak najważniejszy jest fakt, że akcja powieści, choć rozłożona na przestrzeni wieeelu lat, wciąga niemiłosiernie. Co ciekawe, kilka razy w trakcie czytania wydawało mi się (jako ignorantowi historycznemu), że tu już rola Cycerona w historii Rzymu się kończy, no przecież dosyć już człowiek przeżył, teraz pewnie osiądzie w jakiejś chatce, będzie uprawiał ziemię i pisał traktaty. Ale nie, zawsze zdarzyło się coś, co pociągało w następstwie powrót do wielkiej polityki. I pomyśleć, że to wszystko (a przynajmniej duża część) wydarzyło się naprawdę w życiu jednego człowieka...

Jakie piękne upiory

Upiory (Polska wersja jezykowa) - Jo Nesbø

I znowu poczułem się jak dwa tomy temu, przy czytaniu "Pierwszego śniegu"! To po prostu niesamowite, jak można ciągnąć opowieść o Harrym Hole, byłym-obecnym-policjancie-alkoholiku-z-kodeksem-moralnym, przez tyle powieści i nie popaść w rutynę. Co więcej, w moim odczuciu po niezłym, lecz odrobinę gorszym epizodzie "Pancerne serce", jest to powrót do świetnego poziomu, dosłownie najwyższych lotów autora Jo Nesbo!

 

Dlaczego tak się fascynuję? Sami pomyślcie, na pewno też tak macie: sięgacie po książkę autora, którego jeszcze nie czytaliście. Książka jest niesamowita, jesteście pod wrażeniem oryginalnego sposobu prowadzenia fabuły, zaskakujących zwrotów akcji i wbijającego w ziemię zakończenia. Ale z każdą kolejną powieścią tego autora, po którą sięgacie, zauważacie nagle, że większość zwrotów akcji potraficie już przewidzieć, fabuła już nie jest tak oryginalna – jakby autor stosował jakiś szablon do tworzenia kolejnych powieści. Miałem takie odczucie przy okazji wielu autorów, chociażby Cobena. Ale Jo Nesbo... tego gościa nie da się rozgryźć do końca. Owszem, miałem kilka podejrzeń, udało mi się przewidzieć parę rzeczy, ale na końcu i tak okazało się, że to wszystko były tylko ochłapy, specjalnie podrzucone przez autora, a za nimi kryło się coś jeszcze. Zdolność do mieszania tropów to jest coś, co Nesbo ma i nie zawaha się tego użyć.

 

I jeszcze parę słów o prywatnym życiu bohatera. Tu zawsze najtrudniej jest uniknąć schematów, powtórzeń bądź nudy, kiedy ciągnie się ten wątek przez wiele tomów. Jednak i w tym przypadku udało się autorowi wyjść obronną ręką. W dodatku w taki sposób, że teraz muszę, no po prostu muszę sięgnąć po następną część!

 

Znowu wyszła laurka. Co robić.

Przyciąga odpychając

Ciemne sekrety - Hans Rosenfeldt, Michael Hjorth

Zawsze się zastanawiałem, jak to jest możliwe, żeby dwóch autorów pisało jedną książkę. Przecież na pewno każdy z nich ma swój własny, identyfikujący go styl pisarski. A pisząc wspólną powieść, każdy z nich musi rezygnować z tych smaczków, niejako "równać w dół". "Ciemne sekrety" sprawiły jednak, że moje teoretyzowanie poszło w odstawkę i dałem się porwać tej udanej, precyzyjnie skonstruowanej historii kryminalnej.

 

Bo "Ciemne sekrety" to przede wszystkim kryminał i na tym polu sprawdza się bardzo dobrze. Fabuła jest odpowiednio zakręcona – lubię być zaskakiwany, a tu, zaraz po każdym zwrocie akcji, który w miarę łatwo było przewidzieć, następował kolejny, kierujący fabułę na jeszcze inne tory. Miałem więc niemało satysfakcji z czytania.

 

Sama historia to nie wszystko jednak. Wizytówką serii zapoczątkowanej tą powieścią jest postać psychologa Sebastiana Bergmana. Wyjątkowo nieznośny to typek, widzący świat z pozycji swego "ego" i traktujący innych ludzi co najwyżej jako narzędzia do realizacji swoich pragnień. Jednak nawet i on, tak jak i praktycznie wszystkie inne postacie stworzone przez parę Hjorth-Rosenfeldt, nie jest zupełnie płaską postacią, posiada jakieś głębsze dno, które od czasu do czasu próbuje się gdzieś tam od spodu dobijać. Tak więc ciężko stwierdzić, czy to pomimo tak odpychającego bohatera, czy właśnie dzięki niemu, historię tę czyta się tak dobrze. Niemniej jednak sposób, w jaki autorzy przedstawiają postacie jest dla mnie całkiem interesujący. Można wprawdzie im zarzucić, że zbyt często próbują łopatologicznie wyłożyć ich cechy i emocje, ale można to uznać właśnie za mały efekt uboczny współautorstwa.

 

Niniejszym ogłaszam więc kolejny cykl kryminalny, którym warto się zainteresować, a sam dodaję do kolejki następną część. Teraz jednak rzucam wszystko i zabieram się za książkę, na którą dłuuuugo czekałem...

Calamity, czyli klęska. Urodzaju wątków

Calamity (The Reckoners) - Brandon Sanderson

Och, Calamity! Moje uczucia dotyczące tej finałowej części trylogi "Reckoners" są mieszane niczym kolory na skórze spanikowanego słonia, który wpadł do sklepu z farbami...

 

Z pewnością nie było nudno ani przez chwilę, nawet w środkowej części (a takie opinie zdarzało mi się tu i ówdzie usłyszeć). Wydarzenia rwały do przodu, przed bohaterami piętrzyły się coraz to nowe trudności i zagadki, aż się chciało czytać. Fantazja świata przedstawionego – tym razem akcja poprowadzona jest głównie w nieustannie przemieszczającym się mieście zbudowanym z soli – była równie porywająca, co w poprzednich częściach, można wręcz powiedzieć, że to wizytówka całego cyklu. Humor – jak najbardziej w moim guście. Były jednak dwa duże problemy, które trochę popsuły moje zadowolenie z lektury.

 

Pierwszy problem to zakończenie – trochę wyjęte z kapelusza. Niewiele było tropów, zarówno w tej części, jak i w poprzednich, które zapowiadałyby taki właśnie finał. Spójrzmy chociaż na "Z mgły zrodzonego", jedyną oprócz opisywanej zakończoną już trylogię Brandona Sandersona. Kto czytał (a kto nie czytał niech pominie najbliższe dwa zdania, by uniknąć spojlerów i natychmiast zabiera się do czytania), ten pamięta chociażby opisywaną w pierwszej części manię Sazeda to poznawania starożytnych wierzeń. Kto czytał, ten wie, jak spektakularny wpływ miał ten niby delikatny rys charakterologiczny na finałowe wydarzenia w tomie trzecim. Tego się właśnie spodziewałem i tutaj. Niestety spotkało mnie rozczarowanie. Inna sprawa, że zakończenie było w moim odczuciu zbyt mało zamknięte. Wydaje mi się, że zabierając się za trylogię, oczekujemy na jej końcu zgrabnego zamknięcia wszystkich wątków. "Calamity" z jednej strony takie oferuje, a z drugiej... jednak mamy wrażenie, że wiele furtek się dopiero otwiera. Co niejako powiązane jest z drugim problemem.

 

Otóż wiele wątków poruszonych w tej części zostało niedostateczne rozwiniętych. Wygląda to tak, jakby autor miał mnóstwo świetnych pomysłów, które chciał zawrzeć w powieści, ale w pewnym momencie zorientował się, że umówił się z wydawcą na konkretną objętość i aby jej nie przekroczyć, po prostu uciął niektóre wątki. Moim zdaniem albo książka powinna być dłuższa, albo cykl powinien składać się z jeszcze jednego tomu, który pozwoliłby bardziej skupić się na niektórych postaciach i ich interakcjach.

 

Słowem, powinienem dać chyba trzy gwiazdki, nie cztery. Ale nie mogę. Ta książka sprawiła mi tyle radochy z czytania, że zasługuje na tę ocenę mimo zastrzeżeń, o których tak ochoczo się rozpisałem. W ogóle bardzo, bardzo podoba mi się lekki ton i awanturniczy styl całej trylogii "The Reckoners" i marzę o tym, żeby autor napisał jeszcze niejedną książkę w tym klimacie.

Trylogia momentów

Red Rising. Tom 3. Gwiazda zaranna - Pierce Brown, Małgorzata Koczańska

Finałowy tom trylogii brutalnie odarł mnie ze złudzeń, zarazem raniąc moje idealistyczne serce. Że nie ma wielkiego zwycięstwa bez wielkich poświęceń, to każdy wie. Ale „Gwiazda Zaranna” próbuje przekonywać, że potrzeba jeszcze więcej. Trzeba też w jakimś stopniu zaprzedać własną duszę. Nie tylko zabijać, ale również kłamać, mącić, zawierać i łamać tymczasowe sojusze, poświęcać część swoich ludzi. Zaniepokojonych uspokajam jednak – humanistyczny duch trylogii nie został wcale utracony.

 

Tym razem nie mogę dać kompletu gwiazdek. Głównie z tego powodu, że w przeciwieństwie do genialnie rozplanowanej poprzedniej części, „Gwiazda Zaranna” cierpi na – jak by to nazwać – syndrom środka powieści. Po świetnym początku, w którym wręcz fizycznie odczuwałem zniewolenie i upodlenie Darrowa, następuje wyczuwalne tąpnięcie. Bohaterowie jakby się gubią, akcja niby jest, ale to nie to, do czego Pierce Brown zdążył mnie już przyzwyczaić. Widać, że autor miał w głowie plan całej trylogi, ale brakowało mu tej jednej cegiełki, pomysłu, jak w przykuwający sposób doprowadzić do finału. Trylogia „Red Rising” to historia, która składa się z momentów. Momentów, które wbijają w fotel, ryją mózg, powodują opad szczęki – i jak to tam jeszcze można określić. Wygląda na to, że środkowej części finałowego tomu po prostu było tych momentów za mało.

 

Na szczęście gdzieś w połowie powieści wszystkie te problemy się kończą. Wraca to, co lubimy najbardziej. Na przykład akcja z zamieszkami we flocie Darrowa i kończąca je niesamowita scena z szubienicami. A finał jest taki, jaki powinien być finał tej monumentalnej trylogii. Angażuje emocje, na przemian łamie serce i wzbudza euforię.

 

Polecam całą trylogię. Myślę, że nie przejdziecie obok niej obojętnie. Choć wrzuca się ją na półkę Young Adult, wydaje mi się, że znajdzie się tam coś i dla młodego, i dla dorosłego.