5 Obserwatorzy
33 Obserwuję
faceofbook

Face of Book

Lubię książki jak koń owies.

Teraz czytam

Słowa światłości
Brandon Sanderson, Anna Studniarek
Przeczytane:: 18 %
Pan Samochodzik i Fantomas (Pan Samochodzik #7)
Zbigniew Nienacki
Przeczytane:: 205/360 stron

Droga królów – przeczytane 5%

Droga królów - Brandon Sanderson

W końcu nadeszła ta wiekopomna chwila! Zachęcony wieloma opiniami sięgam po flagową produkcję Brandona Sandersona!

 

Długo odwlekałem ten moment, ponieważ ze względu na niecodzienną objętość tego tomiszcza, jak również na moją prędkość czytania, oznacza to przypięcie do jednej książki na jakieś dwa miesiące... Ale cóż, żeby zachować – mniej więcej – chronologię czytania dzieł Sandersona, nie mogę już tego dłużej odwlekać.

 

Powyższy akapit zabrzmiał tak, jakbym zabierał się za tę książkę na siłę. Nic z tych rzeczy! Wręcz cieszę się jak dziecko na tę myśl. Zwłaszcza, że zacząłem już parę dni temu i zapowiada się baaardzo obiecująco.

 

Do zobaczenia za 1000 stron! :)

Tyle przeżyć w jednym życiu?

Dyktator - Robert Harris, Andrzej Szulc

To jest ta książka, na którą czekałem dobrych parę lat. Wiadomo, jak to jest z oczekiwaniem, wraz z jego trwaniem narastają, nomen omen, oczekiwania. „Cycero”, pierwsza część trylogii o Cyceronie, odczarowała dla mnie gatunek powieści historycznej, bo tak to chyba trzeba nazwać. Ale to drugi tom, „Spisek”, wciągnął mnie całkowicie, udowodnił, że opowieść oparta na faktach, które znamy, lub które możemy łatwo znaleźć, może być poprowadzona niemalże jak thriller. Na finałowy tom czekałem więc jak Obeliks na walkę z Rzymianami. No i co? Nie zawiodłem się w żadnym calu. Wręcz przeciwnie.

 

Zaskoczyło mnie, jak bardzo podobne i jednocześnie jak różne było ówczesne prowadzenie polityki w porównaniu do naszych czasów. Uderzające jest z jednej strony to, że dwa tysiące lat temu potrafił już funkcjonować system demokratyczny (ograniczony oczywiście, ale jednak), z drugiej strony zaś jak szybko można było taki system rozmontować i doprowadzić do upadku, najpierw zupełnie nieświadomie poprzez doraźne interesy, a później już celowo przez przerost ambicji i żądzę władzy.

 

Innym paradoksem, który wręcz bił mnie po oczach, było to przemieszanie rozwiązań polityczno-dyplomatycznych ze zwykłą przemocą. Ci sami ludzie potrafili w jednym momencie z szacunkiem dyskutować ze sobą w senacie, a w innym momencie wysyłać na siebie zbrojne bandy i dybać na swoje życie. Ci sami ludzie potrafili najpierw zgodnie współpracować, potem popaść w konflikt na śmierć i życie, by jeszcze później znowu się pogodzić. I tak w kółko.

 

To takie ogólne spostrzeżenia, jednak najważniejszy jest fakt, że akcja powieści, choć rozłożona na przestrzeni wieeelu lat, wciąga niemiłosiernie. Co ciekawe, kilka razy w trakcie czytania wydawało mi się (jako ignorantowi historycznemu), że tu już rola Cycerona w historii Rzymu się kończy, no przecież dosyć już człowiek przeżył, teraz pewnie osiądzie w jakiejś chatce, będzie uprawiał ziemię i pisał traktaty. Ale nie, zawsze zdarzyło się coś, co pociągało w następstwie powrót do wielkiej polityki. I pomyśleć, że to wszystko (a przynajmniej duża część) wydarzyło się naprawdę w życiu jednego człowieka...

Jakie piękne upiory

Upiory (Polska wersja jezykowa) - Jo Nesbo

I znowu poczułem się jak dwa tomy temu, przy czytaniu "Pierwszego śniegu"! To po prostu niesamowite, jak można ciągnąć opowieść o Harrym Hole, byłym-obecnym-policjancie-alkoholiku-z-kodeksem-moralnym, przez tyle powieści i nie popaść w rutynę. Co więcej, w moim odczuciu po niezłym, lecz odrobinę gorszym epizodzie "Pancerne serce", jest to powrót do świetnego poziomu, dosłownie najwyższych lotów autora Jo Nesbo!

 

Dlaczego tak się fascynuję? Sami pomyślcie, na pewno też tak macie: sięgacie po książkę autora, którego jeszcze nie czytaliście. Książka jest niesamowita, jesteście pod wrażeniem oryginalnego sposobu prowadzenia fabuły, zaskakujących zwrotów akcji i wbijającego w ziemię zakończenia. Ale z każdą kolejną powieścią tego autora, po którą sięgacie, zauważacie nagle, że większość zwrotów akcji potraficie już przewidzieć, fabuła już nie jest tak oryginalna – jakby autor stosował jakiś szablon do tworzenia kolejnych powieści. Miałem takie odczucie przy okazji wielu autorów, chociażby Cobena. Ale Jo Nesbo... tego gościa nie da się rozgryźć do końca. Owszem, miałem kilka podejrzeń, udało mi się przewidzieć parę rzeczy, ale na końcu i tak okazało się, że to wszystko były tylko ochłapy, specjalnie podrzucone przez autora, a za nimi kryło się coś jeszcze. Zdolność do mieszania tropów to jest coś, co Nesbo ma i nie zawaha się tego użyć.

 

I jeszcze parę słów o prywatnym życiu bohatera. Tu zawsze najtrudniej jest uniknąć schematów, powtórzeń bądź nudy, kiedy ciągnie się ten wątek przez wiele tomów. Jednak i w tym przypadku udało się autorowi wyjść obronną ręką. W dodatku w taki sposób, że teraz muszę, no po prostu muszę sięgnąć po następną część!

 

Znowu wyszła laurka. Co robić.

Przyciąga odpychając

Ciemne sekrety - Hans Rosenfeldt, Michael Hjorth

Zawsze się zastanawiałem, jak to jest możliwe, żeby dwóch autorów pisało jedną książkę. Przecież na pewno każdy z nich ma swój własny, identyfikujący go styl pisarski. A pisząc wspólną powieść, każdy z nich musi rezygnować z tych smaczków, niejako "równać w dół". "Ciemne sekrety" sprawiły jednak, że moje teoretyzowanie poszło w odstawkę i dałem się porwać tej udanej, precyzyjnie skonstruowanej historii kryminalnej.

 

Bo "Ciemne sekrety" to przede wszystkim kryminał i na tym polu sprawdza się bardzo dobrze. Fabuła jest odpowiednio zakręcona – lubię być zaskakiwany, a tu, zaraz po każdym zwrocie akcji, który w miarę łatwo było przewidzieć, następował kolejny, kierujący fabułę na jeszcze inne tory. Miałem więc niemało satysfakcji z czytania.

 

Sama historia to nie wszystko jednak. Wizytówką serii zapoczątkowanej tą powieścią jest postać psychologa Sebastiana Bergmana. Wyjątkowo nieznośny to typek, widzący świat z pozycji swego "ego" i traktujący innych ludzi co najwyżej jako narzędzia do realizacji swoich pragnień. Jednak nawet i on, tak jak i praktycznie wszystkie inne postacie stworzone przez parę Hjorth-Rosenfeldt, nie jest zupełnie płaską postacią, posiada jakieś głębsze dno, które od czasu do czasu próbuje się gdzieś tam od spodu dobijać. Tak więc ciężko stwierdzić, czy to pomimo tak odpychającego bohatera, czy właśnie dzięki niemu, historię tę czyta się tak dobrze. Niemniej jednak sposób, w jaki autorzy przedstawiają postacie jest dla mnie całkiem interesujący. Można wprawdzie im zarzucić, że zbyt często próbują łopatologicznie wyłożyć ich cechy i emocje, ale można to uznać właśnie za mały efekt uboczny współautorstwa.

 

Niniejszym ogłaszam więc kolejny cykl kryminalny, którym warto się zainteresować, a sam dodaję do kolejki następną część. Teraz jednak rzucam wszystko i zabieram się za książkę, na którą dłuuuugo czekałem...

Calamity, czyli klęska. Urodzaju wątków

Calamity (The Reckoners) - Brandon Sanderson

Och, Calamity! Moje uczucia dotyczące tej finałowej części trylogi "Reckoners" są mieszane niczym kolory na skórze spanikowanego słonia, który wpadł do sklepu z farbami...

 

Z pewnością nie było nudno ani przez chwilę, nawet w środkowej części (a takie opinie zdarzało mi się tu i ówdzie usłyszeć). Wydarzenia rwały do przodu, przed bohaterami piętrzyły się coraz to nowe trudności i zagadki, aż się chciało czytać. Fantazja świata przedstawionego – tym razem akcja poprowadzona jest głównie w nieustannie przemieszczającym się mieście zbudowanym z soli – była równie porywająca, co w poprzednich częściach, można wręcz powiedzieć, że to wizytówka całego cyklu. Humor – jak najbardziej w moim guście. Były jednak dwa duże problemy, które trochę popsuły moje zadowolenie z lektury.

 

Pierwszy problem to zakończenie – trochę wyjęte z kapelusza. Niewiele było tropów, zarówno w tej części, jak i w poprzednich, które zapowiadałyby taki właśnie finał. Spójrzmy chociaż na "Z mgły zrodzonego", jedyną oprócz opisywanej zakończoną już trylogię Brandona Sandersona. Kto czytał (a kto nie czytał niech pominie najbliższe dwa zdania, by uniknąć spojlerów i natychmiast zabiera się do czytania), ten pamięta chociażby opisywaną w pierwszej części manię Sazeda to poznawania starożytnych wierzeń. Kto czytał, ten wie, jak spektakularny wpływ miał ten niby delikatny rys charakterologiczny na finałowe wydarzenia w tomie trzecim. Tego się właśnie spodziewałem i tutaj. Niestety spotkało mnie rozczarowanie. Inna sprawa, że zakończenie było w moim odczuciu zbyt mało zamknięte. Wydaje mi się, że zabierając się za trylogię, oczekujemy na jej końcu zgrabnego zamknięcia wszystkich wątków. "Calamity" z jednej strony takie oferuje, a z drugiej... jednak mamy wrażenie, że wiele furtek się dopiero otwiera. Co niejako powiązane jest z drugim problemem.

 

Otóż wiele wątków poruszonych w tej części zostało niedostateczne rozwiniętych. Wygląda to tak, jakby autor miał mnóstwo świetnych pomysłów, które chciał zawrzeć w powieści, ale w pewnym momencie zorientował się, że umówił się z wydawcą na konkretną objętość i aby jej nie przekroczyć, po prostu uciął niektóre wątki. Moim zdaniem albo książka powinna być dłuższa, albo cykl powinien składać się z jeszcze jednego tomu, który pozwoliłby bardziej skupić się na niektórych postaciach i ich interakcjach.

 

Słowem, powinienem dać chyba trzy gwiazdki, nie cztery. Ale nie mogę. Ta książka sprawiła mi tyle radochy z czytania, że zasługuje na tę ocenę mimo zastrzeżeń, o których tak ochoczo się rozpisałem. W ogóle bardzo, bardzo podoba mi się lekki ton i awanturniczy styl całej trylogii "The Reckoners" i marzę o tym, żeby autor napisał jeszcze niejedną książkę w tym klimacie.

Trylogia momentów

Red Rising. Tom 3. Gwiazda zaranna - Pierce Brown, Małgorzata Koczańska

Finałowy tom trylogii brutalnie odarł mnie ze złudzeń, zarazem raniąc moje idealistyczne serce. Że nie ma wielkiego zwycięstwa bez wielkich poświęceń, to każdy wie. Ale „Gwiazda Zaranna” próbuje przekonywać, że potrzeba jeszcze więcej. Trzeba też w jakimś stopniu zaprzedać własną duszę. Nie tylko zabijać, ale również kłamać, mącić, zawierać i łamać tymczasowe sojusze, poświęcać część swoich ludzi. Zaniepokojonych uspokajam jednak – humanistyczny duch trylogii nie został wcale utracony.

 

Tym razem nie mogę dać kompletu gwiazdek. Głównie z tego powodu, że w przeciwieństwie do genialnie rozplanowanej poprzedniej części, „Gwiazda Zaranna” cierpi na – jak by to nazwać – syndrom środka powieści. Po świetnym początku, w którym wręcz fizycznie odczuwałem zniewolenie i upodlenie Darrowa, następuje wyczuwalne tąpnięcie. Bohaterowie jakby się gubią, akcja niby jest, ale to nie to, do czego Pierce Brown zdążył mnie już przyzwyczaić. Widać, że autor miał w głowie plan całej trylogi, ale brakowało mu tej jednej cegiełki, pomysłu, jak w przykuwający sposób doprowadzić do finału. Trylogia „Red Rising” to historia, która składa się z momentów. Momentów, które wbijają w fotel, ryją mózg, powodują opad szczęki – i jak to tam jeszcze można określić. Wygląda na to, że środkowej części finałowego tomu po prostu było tych momentów za mało.

 

Na szczęście gdzieś w połowie powieści wszystkie te problemy się kończą. Wraca to, co lubimy najbardziej. Na przykład akcja z zamieszkami we flocie Darrowa i kończąca je niesamowita scena z szubienicami. A finał jest taki, jaki powinien być finał tej monumentalnej trylogii. Angażuje emocje, na przemian łamie serce i wzbudza euforię.

 

Polecam całą trylogię. Myślę, że nie przejdziecie obok niej obojętnie. Choć wrzuca się ją na półkę Young Adult, wydaje mi się, że znajdzie się tam coś i dla młodego, i dla dorosłego.

Śmierć rodzi śmierć, która rodzi śmierć, która rodzi śmierć

Red Rising. Tom 2. Złoty Syn - Pierce Brown, Małgorzata Koczańska

To takie niesprawiedliwe wobec innych książek, które przeczytałem. Nie mogę tego wytłumaczyć. Nie potrafię tego usprawiedliwić. Ale tak jak dla pierwszej części, tej znowu muszę dać maksymalną ocenę.

 

Tak jak w pierwszej części trudno było mi z początku wgryźć się w lekturę (o śmierci żony wiedziałem już wcześniej, a proces przemiany w Złotego był dla mnie trochę nużący), tak tutaj prawie od razu poczułem się przykuty do książki. Głównie dlatego, że historia dotąd zwycięskiego, niepokonanego i nieomylnego Darrowa zaczyna się tu od druzgoczącej porażki. Darrow traci wszystko: flotę, którą dowodził w Akademii, protekcję najpotężniejszej osoby na Marsie, a nawet poważanie i reputację. Zmusza go to do wejścia w sojusz z największym przeciwnikiem z czasów "nauki" w Instytucie. Doskonałe zawiązanie akcji tej, nienajkrótszej w końcu, książki.

 

A to tylko początek, bo w tej powieści dzieje się bardzo dużo. I nie jest to puste hasło reklamowe, tak chętnie wypisywane na okładkach książek. Tutaj naprawdę jedno wydarzenie goni drugie, ledwo zdążamy ochłonąć po zaskakującym zwrocie akcji, a już bohater znajduje się w kolejnych tarapatach.

 

Jedna z rzeczy, za które muszę pochwalić autora, to niesamowita zdolność do prowadzenia postaci drugoplanowych tak, że mimo, że jest ich mnóstwo i ich imiona są równie egzotyczne, w ogóle nie mylą mi się w głowie. Chociaż nie wiem, czy to potrzebne, bo w tym świecie trup ściele się gęsto, więc i tak większość z nich nie dotrwa do finału...

 

Imponująca jest także liczba upchanych w książce "złotych myśli", czyli zdań, które w skondensowanej i błyskotliwej formie potrafią przekazać mocną treść. Czyli idealnie nadają się na cytaty. Jednym z nich jest zresztą tytuł niniejszej recenzji. Do takich rozwiązań podchodzę trochę z przymrużeniem oka, ale muszę przyznać, że mają one wpływ na klimat.

 

No właśnie, klimat. Rozszerzenie miejsca akcji – i to radykalne, bo z zamkniętego Instytutu w pierwszej części, aż do sporej części Układu Słonecznego – zupełnie nie wpłynęło na nastrój opowieści. Czułem, że to ciągle ten sam Darrow Andromedus, mający ten sam cel, mierzący się wciąż z podobnymi przeszkodami, tyle że jakby na kolejnym etapie. Opowieść nadal stanowi tę niesamowitą mieszankę smutku, brutalności i pesymizmu z wiarą w dobro ukryte głęboko w drugim człowieku. I choć potęguje się wrażenie wszechogarniającego zła, to wciąż mamy nadzieję, że uda się z tego wykrzesać iskrę, która zmieni świat na lepsze.

 

Koniecznie muszę wiedzieć, jak to wszystko się skończy.

List do Pana Childa

Nieprzyjaciel  - Lee Child, Andrzej Szulc

Panie Child. Ja rozumiem, że to nie ptak. Że to nawet nie samolot. Że to Jack Reacher. Rozumiem, że on wygra pojedynek z każdym przeciwnikiem, a czasem nawet z kilkoma naraz. Rozumiem, że jego nawet wojskowy rygor nie dotyczy na tyle, żeby nie mógł trochę nawrzucać wyższemu stopniem oficerowi tylko dlatego, że go wkurzył. Rozumiem, że mimo twardej pięści, w głębi ma gołębie serce i zawsze stanie po stronie tych słabszych. Rozumiem i nawet tego oczekuję, kiedy sięgam po kolejny tom. Ale nastawiać sobie w głowie budzik na konkretną godzinę i następnego ranka otwierać oczy dokładnie o tym czasie? No, panie Child. Tego to ja już nie kupuję!

 

A tak serio, to nie kupuję jeszcze jednego momentu pod koniec książki, kiedy

Jack strzela w czoło wspomnianemu wyżej oficerowi, którego największą zbrodnią było to, że krył robiących brzydkie rzeczy kolegów. Błąd: jego największą zbrodnią było to, że wkurzył Jacka Reachera. No, ale za takie coś, to chyba nawet Reacher by nie zabił.

(show spoiler)

Sorry, panie Child.

 

Spodobały mi się za to drobne, nic nie wnoszące szczegóły. Na przykład, że jedna z podwładnych Reachera nie była nigdy wymieniona z nazwiska, za to określana była jako "matka małego synka". Albo historia z rodzinnej przeszłości, ze stołem, którego nie dało się zmontować. Takie tam detale. No bo na detale się patrzy, kiedy ogólnie dostaje się ciągle to samo. Panie Child.

Wciągało? To za mało

Żniwa zła - Robert Galbraith, Anna Gralak

Moje odczucia co do tej książki zmieniały się chyba kilka razy w czasie jej czytania. Najpierw brakowało mi jakiegoś mocnego rozpoczęcia, które wciągnęłoby mnie w dalsze czytanie. No, ale dobra, to żaden zarzut, zdarza się tak z wieloma książkami, z których część potrafi potem pozytywnie zaskoczyć. Czytałem więc dalej i rzeczywiście, całe to śledztwo nawet mnie wciągnęło. To już duży postęp w stosunku do poprzedniej części, "Jedwabnika", gdzie właśnie powolny progres dochodzenia do prawdy w końcu mnie zamęczył.

 

Dla mnie jednak czytanie kryminału jest trochę jak zawieranie umowy z autorem. Ja będę brnął razem z bohaterami w powolne, pełne ślepych uliczek i niezauważalnych tropów dociekanie prawdy. W zamian jednak zostanę uraczony finałem, który z nawiązką wynagrodzi mi te trudy. Tutaj finał trwał – ile? – może z kilkanaście stron. Najpierw dowiedziałem się, że Strike już wie, kto jest mordercą, potem musiałem poczekać, aż zastawi na niego pułapkę, szast, prast i koniec. Nie dane mi było zbyt długo podelektować się sprytnym skądinąd (choć troszkę przeze mnie przewidzianym, a raczej "podejrzewanym") rozwiązaniem fabularnym.

 

Z ciekawości przejrzałem recenzje innych czytelników. Często powtarza się w nich określanie uczuciowo-emocjonalnych perypetii głównych bohaterów "operą mydlaną". I niestety, pomimo pewnej sympatii do tych postaci, muszę się z tym zgodzić. Nie należę wcale do tych, którzy w kryminale akceptują jedynie historię kryminalną i na wszelkie próby wprowadzenia pobocznych wątków skupiających się na prywatnym życiu bohaterów reagują odruchami wymiotnymi. Ba, wręcz oczekuję, że między parą bohaterów w końcu coś zaiskrzy. Jednak taki wątek trzeba umieć prowadzić, a w "Żniwach zła" jest on poprowadzony tak sztampowo, że aż przecierałem oczy ze zdumienia, czy nie trafiłem na plan jakiegoś odcinka telenoweli. Ostatnie zaś zdania powieści chyba mocno przyczyniły się do obniżenia mojej oceny.

 

Oczywiście, znowu za dużo się czepiam, książka nie była tak zła, jak może się wydawać z tej recenzji. Jednak tak to bywa z książkami ze "środka tabeli", że czasem skupiam się na ich pozytywnych aspektach, a czasem wręcz przeciwnie. Autorka wspomniała gdzieś, że książki o Cormoranie pisze głównie dla własnej frajdy. I to właśnie widać. Żałuję tylko, że jej frajda coraz mniej pokrywa się z moją.

Historia, tom pierwszy

Mistborn: Secret History - Brandon Sanderson

Kto nie chce spojlerów, niech lepiej tego nie czyta, bo choć staram się ich unikać, to jednak cała "Secret History" jest jednym wielkim spojlerem do dotychczasowych wydarzeń ze świata Z Mgły Zrodzonych.

 

Po wielkim objawieniu, które dane mi było poznać na ostatnich linijkach "Żałobnych opasek", z wielką ochotę sięgnąłem po tę pozycję, licząc na poznanie kulis tego wydarzenia. Z pewnym niedosytem przekonałem się jednak, że to jest jedynie część owej "Ukrytej Historii". To znaczy, że historia przedstawiona w tej miniksiążce nie dochodzi nawet do wydarzenia opisanego we wspomnianym zakończeniu, nie mówiąc już nawet o dalszym ciągu. Na resztę pewnie będzie trzeba jeszcze trochę poczekać.

 

Ta książka jest naprawdę szczególnym przypadkiem, który przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony ona po prostu musiała zostać napisana, by wypełnić brakujące elementy układanki. Z drugiej jednak strony jest to tylko wycinek jakiejś historii, posiadający może i dobry wstęp, ale bez żadnego konkretnego zakończenia. Dlatego, choć wiele elementów mi się podobało, to nie mogę w pełni pozytywnie ocenić książki jako całości.

 

Co mi się podobało w "Secret History"? Samo jej poznawanie dało mi dużo przyjemności, fajny był też pomysł z humorystycznym ukazaniem życia pozagrobowego. Poza tym to ogromna skarbnica wiedzy o Cosmere, wszechświecie, w którym łączy się większość dzieł Sandersona. No i w końcu miło też przekonać się, że historia (żywego) Kelsiera wcale nie skończyła się na pierwszym tomie "Z mgły zrodzonego", jak nam się wydawało i jak nawet próbował nas w tym podstępnie utwierdzać autor.

 

Co mi się nie podobało? Przede wszystkim, powieść sprawiała wrażenie, że jest zlepkiem różnych wydarzeń, dziejących się na przestrzeni dłuższego czasu. Brakowało mi też – teraz, kiedy już wiem, że Kelsier był tam zawsze gdzieś obok – jakiegoś silniejszego, "fizycznego" połączenia z akcją oryginalnej trylogii. No i, jak już wspomniałem, nie ma prawdziwego zakończenia, kończy się jedynie obietnicą, że to jeszcze nie koniec:)

 

No to czekam na dalszy ciąg tej historii i nie mam nic przeciwko temu, żeby za rogiem kryła się kolejna tajemnica!

Kolejna tajemnica

Żałobne Opaski - Brandon Sanderson

Miło mi oznajmić, że dobra passa Brandona Sandersona trwa! Ta książka utwierdza moją subiektywną opinię, że tzw. Druga Era świata allomancji to najlepsza z serii Sandersona, które jak dotąd przeczytałem. Oburzonych uspokajam jednak, że Archiwum Burzowego Światła jeszcze nie tknąłem.

 

Za co tak lubię Drugą Erę? Przede wszystkim chyba za to, że proporcje "epickości" do "normalności" są w niej w moim przekonaniu najzdrowsze. Nie to, żebym nie lubił czytać o wielkich wydarzeniach na kosmiczną skalę, ale wolę, jak są one nam dawkowane w rozsądnych granicach. W przygodach Waxa i Wayne'a znajduję właśnie najwięcej przyziemności, by w pewnym momencie – ale nie za wcześnie właśnie – zostać uraczonym odpowiednią porcją szokujących wydarzeń. W "Żałobnych opaskach" jest tego wprawdzie więcej niż w poprzednich częściach, ale granica nie zostaje przekroczona.

 

Jeśli chodzi o całą serię "Z mgły zrodzonego", bardzo odpowiada mi motto serii: "Zawsze jest kolejna tajemnica". Nie dość, że wielokrotnie powtarzane, to także potwierdzane poprzez faktyczny rozwój fabuły, chociażby w zakończeniu niniejszej książki.

 

No właśnie, zakończenie. Od początku tej opowieści gdzieś tam z tyłu głowy czułem, że w całej tej historii Żałobnych Opasek jest jakieś duże niedopowiedzenie. U Sandersona nigdy nie wiadomo, czy to jest część konwencji, czy faktycznie kryje się za tym coś więcej. To znaczy, do tej pory nigdy nie było wiadomo. Bo z każdą kolejną powieścią przekonuję się, że coś, co uznawałem za niedopowiedzenie, było zaplanowaną furtką do przyszłych wydarzeń. A to lubię.

Człowieczeństwo nadczłowieka

Red Rising: Złota krew - Kinga Składanowska, Pierce Brown

Ja to jednak jestem prostym człowiekiem. Lubię, kiedy opowieść zawiera w sobie jakiś pierwiastek dobra. I najlepiej, jeśli to dobro ostatecznie zwycięża. A tu co? Jedyna dobra postać umiera na samym początku. Główny bohater, Darrow, żyje w najbardziej zniewolonej i wykorzystywanej grupie społecznej, gdzie choć istnieją jakieś ideały, to muszą one ustępować miejsca instynktowi przetrwania. Potem umiera. Tak jakby. Właściwie to jednak nie. Ale później jest jeszcze gorzej. Trafia między rządzącą kastę nadludzi, dla których wszelkie ludzkie odruchy są oznaką słabości, ludzi, z których większość gotowa jest zabić, by osiągnąć swe cele. Co gorsza, musi zrobić wszystko, by stać się najgorszym z nich. Sami więc widzicie, że to nie jest książka dla mnie.

Tak właśnie myślałem i taką recenzję przygotowywałem w myślach mniej więcej do momentu, gdy przekroczyłem połowę książki. Bo wtedy właśnie stwierdziłem z niepokojem, że... nie mogę się od niej oderwać! W pełnych krwawych i brutalnych epizodów losach Darrowa dostrzegłem jakąś iskrę, zauważyłem, że w tym pozbawionym empatii świecie próbuje zachować resztki humanizmu. Ba, nawet skutecznie zasiewa go w swoich towarzyszach. I choć nie zawsze osiągał sukces, to z podziwem patrzyłem na te momenty, w których udowodnił, że można być ponad choćby najbardziej bezwzględnymi regułami.

 

To nie była książka dla mnie. A jednak okazało się, że była. Gratuluję, panie Brown.

Rozmiar ma znaczenie

Dusza cesarza - Brandon Sanderson

Być może nie powinienem, ale chyba spodziewałem się zbyt wiele po tej minipowieści. Wiadomo, że gatunek ten musi mieć swoje ograniczenia wynikające z mniejszej objętości, jednak mam chyba prawo oczekiwać jakiegoś zwrotu, czegoś, co pozwoli mi zrewidować odbiór całej historii. Tutaj jednak miałem wrażenie, że autor prowadził mnie jakby po sznurku i mimo, że starał się tworzyć wrażenie, że wszystko zmierza do zaskakującego finału, to przebieg akcji i postawy bohaterów można było spokojnie przewidzieć.

 

Inna sprawa, że opisany tu system magiczny jest całkiem interesujący i zasługuje na dłuższą historię. No bo - znowu - przy tak skondensowanej opowieści człowiek ledwo zdąży pojąć podstawy zasad rządzących tym światem, a już dociera do ostatniej strony.

 

Dziwnie pewnie zabrzmi po tych wszystkich wywodach konkluzja, że książka ta bardzo mi się spodobała... Taka jednak jest prawda, trochę dużo się czepiam, jednak lektura dostarczyła mi dużo przyjemności. Tak trzymać, Brandon!

Nowy Harry Hole w 2017!

http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/7657/nowy-harry-hole-na-wiosne-2017

 

A to dobra wiadomość! Co prawda mam jeszcze do przeczytania dwie ostatnie (jak do tej pory) części cyklu, ale mam rok, żeby to nadrobić:)

 

Muszę przyznać, że choć "Syn" bardzo mi się podobał, to innym książkom Jo Nesbo dużo jednak brakuje do tych z cyklu o Harrym. Jak na mój gust, proporcje dobrej historii do poziomu "dziwności" i czarnego humoru są w tych książkach już troszkę zachwiane.

 

Dlatego niezmiernie cieszy mnie wieść, że do końca mojej przygody zostanie więcej niż dwie książki!

Pancerny fan

Pancerne Serce (Harry Hole #8) - Jo Nesbø, Iwona Zimnicka

To dosyć subiektywne odczucie, ale ta odsłona perypetii Harry'ego jakoś mniej mnie wciągnęła niż poprzedni, rewelacyjny "Pierwszy śnieg". Nie zrozumcie mnie źle, to jest cały czas lektura na wysokim poziomie, w której znajdziemy wszystko co tak lubimy w twórczości Nesbo. Jednak w porównaniu do poprzedniej części – która przywróciła mi wiarę w to, że są jeszcze kryminały, które potrafią dosłownie wbić mnie w fotel – tutaj jednak czegoś brakowało.

 

Nie mogę jednak powiedzieć, żebym był rozczarowany. Zagadka kryminalna była znowu na najwyższym poziomie. Pojawia się nowy "bed-gaj" wśród stróży prawa, nie wiem czy ten wątek będzie kontynuowany, ale wygląda to obiecująco. Poza tym po tylu częściach cyklu człowiek chcąc nie chcąc przywiązuje się do głównego bohatera, niezależnie od tego (a może właśnie dlatego), jak bardzo mnie on czasami irytuje. Musiałby więc to być naprawdę ogromny spadek formy literackiej, żeby w tej chwili odciągnąć mnie od sięgnięcia po następny tom. A sądząc po dotychczasowym trendzie, nic takiego się nie zapowiada.

Jedna z tych książek

Mars - Rafał Kosik

Trudno jest mi pisać o książkach takich, jak ta. O książkach, które wymykają się standardom. Książkach, w których gdy już jako tako oswoisz się z głównym bohaterem, okazuje się, że to był jedynie rozbudowany prolog, a główną część akcji obserwujemy już oczami innego bohatera kilkadziesiąt lat później.

 

Nie warto pisać, o czym one są, gdyż połowa zabawy to właśnie odkrywanie przedstawionego świata. W tym wypadku świata przyszłości na Marsie. I to świata, który wcale nie jest stałą, potrafi gruntownie się zmienić na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat.

 

Niezależnie od okoliczności jednak, takie książki zazwyczaj opowiadają o człowieku. O tym, że z jednej strony ludzie zawsze pozostaną tacy sami, ale z drugiej – że zawsze jest przestrzeń na własne wybory i decyzje.

 

Chyba lepiej zamiast o takich książkach pisać, po prostu je czytać. Bo ta powieść jest dobra. I to bardzo dobra.